Poród w czasie epidemii koronawirusa

Poród w czasie epidemii koronawirusa

Kiedy zaszłam w drugą ciążę marzyłam o tym, żeby tym razem udało się urodzić naturalnie. Razem z mężem chcieliśmy wspólnie tego doświadczyć. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, że ostatecznie przyjdzie mi rodzić w czasach kiedy w kraju wprowadzony będzie stan epidemii, a mój mąż będzie miał zakaz wstępu do szpitala.

Było mi przykro, kilka dni przepłakałam, ale wiedziałam, że to dla naszego bezpieczeństwa.

W tych trudnych dla mnie dniach bardzo pomogła mi grupa na Facebooku „NATURALNIE PO CESARCE Grupa Wsparcia”, gdzie dziewczyny opisują swoje doświadczenia. Byłam zaskoczona jak wiele było wpisów, w których dziewczyny cieszyły się że rodziły samotnie, bo dzięki temu mogły się skupić na sobie, swoich potrzebach i swoim ciele. Wiedziałam, że jeśli zostanę sama to zrobię właśnie to co one. W tym samym czasie czytałam książkę „Poród naturalny”, którą napisała Ina May Gaskin. Te dwie rzeczy sprawiły, że stałam się spokojniejsza i stwierdziłam, że będzie co ma być.

Do szpitala pojechałam kiedy odeszły mi wody. Była 1 w nocy. Na stronie szpitala, który wybraliśmy była informacja o zakazie odwiedzin, ale ani słowa o porodach rodzinnych, telefonu też nikt nie odbierał, dlatego jechaliśmy do szpitala z nadzieją, że będziemy mogli być razem. Niestety już na wejściu okazało się, że nie ma takiej możliwości. Mój mąż nie mógł nawet przekroczyć drzwi szpitala. Pożegnaliśmy się, wzięłam bagaże i dalej poszłam sama. Po przekroczeniu drzwi miałam zmierzoną temperaturę i musiałam zdezynfekować ręce. Pan, który mnie wpuszczał spytał czy potrzebuję pomocy przy bagażach. Nie potrzebowałam. Byłam spakowana tak, że bez problemu mogłam dalej przemieszczać się sama. Niektóre szpitale zalecają obecnie, aby kobiety zabierały ze sobą walizki na kółkach. Mogą to być naprawdę duże walizki. Nie w każdym szpitalu jest możliwość doniesienia rzeczy jeśli czegoś zabraknie, więc lepiej spakować za dużo niż za mało, a jednocześnie trzeba pamiętać, że te bagaże będziemy targać same lub będą nam w tym pomagać prawdopodobnie inne kobiety -położne.

Na izbie przyjęć okazało się, że dosłownie chwilę wcześniej przyjęta została inna kobieta, więc muszę czekać. Sama. W pustej poczekalni. W środku nocy. Zadzwoniłam do męża, który siedział w samochodzie pod szpitalem i czekał na informacje. Po kilku minutach wyszła do mnie położna. Zabrała mnie na badanie, później podłączyła do KTG. Później czekał już na mnie lekarz, który wykonał dokładne USG i stwierdził, że mam się przebrać i zabierają mnie na porodówkę. W międzyczasie jeszcze dostałam jakieś dokumenty do podpisania, a położna pobrała mi krew do badań. Na stronie szpitala wcześniej przeczytałam, że zgłaszając się do szpitala powinnam mieć ze sobą aktualną morfologię nie starszą niż sprzed dwóch tygodni. Moja była starsza, ale stwierdziłam, że skoro mamy w kraju epidemię to chyba nie powinnam kręcić się po przychodniach, a w szpitalu przymkną oko na to, że moja morfologia jest „przeterminowana” o dwa dni. Na miejscu okazało się, że nawet nie chcieli jej oglądać, bo i tak zrobią nową.

W sali porodowej przez większość czasu byłam sama. Położna była za drzwiami i co jakiś czas do mnie zaglądała, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku lub kiedy mocny skurcz powodował mój głośniejszy jęk. Taki układ bardzo mi odpowiadał, bo nie przejmowałam się niczym co działo się dookoła mnie i faktycznie skupiałam się tylko na sobie. W pewnym momencie położna poprosiła, abym usiadła w fotelu, żeby mogła mi zrobić ponowne KTG. Fotel był bardzo wygodny, dostałam też podnóżek pod nogi i koc do przykrycia. Skurcze miałam już co jakieś 3 minut, a między nimi drzemałam. Czytałam, że takie drzemki w przerwach między skurczami zdarzają się często pod koniec pierwszej fazy porodu. Ucieszyłam się, bo to by oznaczało, że jestem coraz bliżej końca. Po KTG położna zaproponowała mi prysznic, chyba czytała mi w myślach, ale jednocześnie ostrzegła, że jeśli poczuję inny rodzaj skurczów to mam ją wołać. Weszłam pod prysznic, miałam do dyspozycji specjalne krzesełko, ale nie wyglądało zbyt zachęcająco. Wolałam ukucnąć, czułam, że w tej pozycji będzie mi wygodniej i będę lepiej znosić skurcze. Odkręciłam ciepłą wodę i po chwili pojawił się pierwszy skurcz. Inny niż dotychczas. Pomyślałam, że może tylko mi się tak wydaje, zmieniłam więc pozycję, ale przy kolejnym skurczu znów to samo uczucie. Wyszłam spod prysznica i zawołałam położną. Była godzina 6, 14 minut później na świat przyszedł mój synek.

To był mój pierwszy poród siłami natury. W tej chwili już nie pamiętam bólu. Jedyne co pamiętam to spokój. Mój. Położnej. I myśl, że muszę zaufać naturze, a wszystko na pewno będzie dobrze. Powiem szczerze, że niewiele wiedziałam o porodzie. Niby w pierwszej ciąży chodziliśmy na szkołę rodzenia, gdzie uczono technik relaksacyjnych, oddechu, itp, ale wtedy już wiedziałam, że będę miała cesarkę, więc nie słuchałam zbyt uważnie. Jakoś nie myślałam o tym, że to wszystko może mi się przydać przy kolejnym porodzie. Teraz przeczytałam tą jedną książkę i doszłam do wniosku, że najważniejsze jest nastawienie psychiczne. Dlatego dla wielu kobiet samodzielny poród może wydawać się przerażający. W końcu liczyłyśmy, że będziemy miały obok siebie faceta, który będzie nas wspierał w trudnych chwilach i uspokajał. Jednak musimy pamiętać, że nie zostajemy same. Są z nami świetne położne, które mają duże doświadczenie i to one wspierają w trudnych sytuacjach. Moja położna miała tak spokojny i opanowany głos, że czułam, że wszystko będzie ok. Nie musiałam wiedzieć nic o porodzie, ona wiedziała wszystko za mnie, więc wykonywałam każde jej polecenie i udało się! Było pięknie i spokojnie.

I właśnie tego spokoju życzę wszystkim kobietom, które będą rodziły w najbliższym czasie. Wszystkim tym, które liczyły na poród rodzinny, ale nie będą miały takiej możliwości. Rozumiem Waszą złość i strach, ale pamiętajcie, że ten zakaz ma ochronić również Was i Wasze nowo narodzone dzieci. Pamiętajcie, że nie będziecie same, bo będą z Wami wspaniałe położne, które o Was zadbają. Zaufajcie im i niech Wasze porody będą wspaniałymi przeżyciami.

A jeśli jeszcze nie widziałyście mojego po porodowego Q&A to przypominam, że jest ono w zapisanych relacjach na Instagramie @mama.chemik. Może przydadzą Wam się niektóre odpowiedzi 😉

Polub i udostępnij:


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


error

Podoba Ci sie mój blog?Udostępnij go i polub